Audioprzewodnik po Rzymie: Echa legend w barokowych cieniach
Pod brukowanymi uliczkami i zalanymi słońcem placami Rzymu kryje się sieć tajemnic, które kształtowały imperia, przyciągały geniuszy i uciszały buntowników. To miasto oddycha historiami ukrytymi na widoku. Wyrusz na wycieczkę z audioprzewodnikiem, która odsłania intrygi i dramaty kryjące się za najbardziej fascynującymi kościołami i ukrytymi zakątkami Rzymu. Spaceruj tam, gdzie wybuchały skandale, wiara wzniecała rewolucje, a każdy kamień przechowuje plotkę zagubioną w tłumie. Kto ryzykował wszystko, by przemycić zakazane rękopisy przez mroczne łuki Sant’Eustachio? Jaka tajna przysięga rozbrzmiewa echem pod błękitnymi sklepieniami Santa Maria sopra Minerva? Impulsywny czyn którego malarza w Sant’Agostino na zawsze zmienił losy sztuki? Przemierzaj stulecia, odkrywając spiski i historie zapisane w marmurze i blasku świec. Podążaj zakazanymi ścieżkami, rozszyfrowując przeszłość Rzymu, podczas gdy teraźniejszość rozwija się pod Twoimi stopami. Sekrety czekają. Czy jesteś gotów je odkryć?
Podgląd trasy
O tej trasie
- scheduleCzas trwania 40–60 minsIdź we własnym tempie
- straighten2.9 km trasy pieszejPodążaj wyznaczoną trasą
- location_on
- wifi_offDziała offlinePobierz raz, korzystaj gdziekolwiek
- all_inclusiveDożywotni dostępOdtwarzaj ponownie w dowolnym momencie
- location_onStart przy Bazylika św. Eustachego
Przystanki na tej trasie
lock_open 3 darmowych podglądów · 11 odblokuj po zakupie
Aby rozpoznać bazylikę Sant’Eustachio, wypatruj jasnej, dwukondygnacyjnej fasady z jelenim łbem na samej górze - stoi tuż przy niewielkim placu, między zabudowaniami, a rzeźbiony…Czytaj więcejPokaż mniej
Aby rozpoznać bazylikę Sant’Eustachio, wypatruj jasnej, dwukondygnacyjnej fasady z jelenim łbem na samej górze - stoi tuż przy niewielkim placu, między zabudowaniami, a rzeźbiony jeleń z krzyżem między rogami wskazuje, że trafiłeś pod właściwy adres. To miejsce zdecydowanie nie jest tym, co wyobrażasz sobie pod hasłem „skromny kościółek”. Historia zaczyna się już w VIII wieku, kiedy na tym terenie istniał pierwszy chrześcijański ośrodek pomagający biednym i chorym. Było tu wtedy raczej biednie… Gdybyś tu stanął jakieś 1300 lat temu, zobaczyłbyś raczej prostą budowlę pośród platanów - stąd dawny przydomek „in platana”. Według legendy, już sam cesarz Konstantyn wpadł na pomysł postawienia tu oratorium. Czy to prawda? Cóż, powiedziałbym: pół na pół, czyli klasyka rzymskich legend. Sama fasada… Spójrz na te kolumny z głowicami typu jońskiego. W każdym z nich znajdziesz wyrzeźbioną główkę jelenia - motyw nieprzypadkowy, bo patronem miejsca jest św. Eustachy, który ponoć zobaczył krzyż wśród rogów jelenia podczas polowania i doznał nagłego nawrócenia. Jego późniejsze życie nie było jednak bajką - wraz z rodziną został brutalnie zamęczony przez Rzymian, co potwierdza: jeśli otrzymasz mistyczne objawienie podczas polowania, rozważ emigrację. Za czasów papieża Celestyna III, pod koniec XII wieku, kościół przeszedł pierwszą poważną modernizację: nowe dzwonnice, relikwie św. Eustachego i jego rodziny... I wyobraź sobie, że przez wieki budowla przechodziła prawdziwe metamorfozy. W baroku wjechał pełen zestaw “wow factor”: Cesare Corvara, Nicola Salvi i inni projektanci na zmianę dorzucali nowe kaplice, portyk, kopułę - a wnętrze zamieniło się w esencję rzymskiego przepychu. Tylko dzwonnica z XII wieku stoi twardo po dziś dzień, jak uparty dziadek, którego trudno ruszyć z miejsca. Zajrzenie do środka to takie małe podróżowanie w czasie - od kasetonowego sklepienia pełnego liści i kwiatów, przez monumentalny ołtarz z brązu i polichromowanego marmuru, do zadziwiającego baldachimu Ferdinanda Fugi z 1749 roku. Kiedy podchodzisz bliżej sanktuarium, warto wiedzieć, że relikwie świętego spoczywają w urnie z purpurowego porfiru, droższego niż niejedno sportowe auto. Gdyby przeliczyć ten materiał na dzisiejsze pieniądze, pewnie spokojnie przekroczylibyśmy sto tysięcy dolarów. Na fasadzie po prawej stronie dostrzeżesz małą tabliczkę: upamiętnia powódź Tybru z 1495 roku. Woda doszła aż do świątyni - widać nawet, że kościół nie zawsze miał łatwe życie. W środku - poza wyrafinowanymi kaplicami (Każda ozdobiona z rozmachem - barok mówi „tu nie ma miejsca dla minimalizmu”), znajdziesz też dzieła takich artystów jak Francesco Ferdinandi czy Biagio Puccini oraz prawdziwy gigant: organ, który zajął całą tylną ścianę, jakby chciał sprawdzić, czy da się zmieścić w środku Giewont. Ciekawostka: św. Filip Neri, jeden z najsłynniejszych rzymskich świętych, podobno szczególnie lubił się tu modlić. Może więc czeka tu na ciebie odrobina tej samej inspiracji… albo przynajmniej chwila wytchnienia od zgiełku ulicy. Gdy już nacieszysz się tym wszystkim, ruszaj na południe - do Panteonu (Roma) dotrzesz w 3 minuty.
Otwórz dedykowaną stronę →Rzymska świątynia, później kościół, w Rzymie
Spójrz w lewo - wypatruj kościoła z dość skromną, płaską fasadą w jasnym kamieniu, a przed nim stoi zaskakujący mały słoń dźwigający na swoim grzbiecie egipski obelisk. Tak, nie…Czytaj więcejPokaż mniej
Spójrz w lewo - wypatruj kościoła z dość skromną, płaską fasadą w jasnym kamieniu, a przed nim stoi zaskakujący mały słoń dźwigający na swoim grzbiecie egipski obelisk. Tak, nie przewidujesz się: to naprawdę słoń, a nie żadne rzymskie stworzenie, i już z zewnątrz widać, że to miejsce nie należy do nudnych. Santa Maria sopra Minerva... czyli dosłownie „Święta Maria ponad Minerwą”. Niby chodzi o słynną grecko-rzymską boginię, ale tu drobna ironia losu - kościół stoi w rzeczywistości na ruinach starożytnej świątyni poświęconej egipskiej bogini Izydzie, tylko że pomylono ją z Minerwą. W Rzymie takich pomyłek nie naprawia się szybko - zwłaszcza jeśli brzmią dostatecznie poważnie. Wejdźmy teraz do środka, przynajmniej wyobraźnią, bo to jedyny gotycki kościół w Rzymie! Gdy zdecydowana większość okolicznych świątyń została „ubarokowana” i przybrała falujące, dekoracyjne kształty, tutaj zachowano skarby gotyku: wysokie sklepienia, ostre łuki, intensywnie niebieski sufit ze złotymi gwiazdami... aż chce się podnieść wzrok i poczuć się jak na nocnym niebie. Po lewej stronie ołtarza czeka na ciebie marmurowy Chrystus od samego Michała Anioła - wydaje się niemal zaraz zejść z piedestału i ruszyć w miasto. Spróbuj kiedyś rzeźbić w marmurze i nie złamać mu lewego palca u stopy, serio - nawet Michał Anioł miał z tym problem i musiał go dodawać, więc poczujesz z nim ludzką więź. Tutaj spoczywa Katarzyna ze Sieny - patronka Włoch oraz... porywającej korespondencji z papieżami. Co ciekawe, pochowano ją tu prawie całą - głowa została w Sienie na pamiątkę dla miejscowych. Jeśli jesteś fanem wybitnych twórców, znajdziesz tu też grób Fra Angelica, który zasłynął malowidłami niemal tak znanymi jak freski w Watykanie. Ale wróćmy do zewnątrz... Czy wspominałem już o słoniu? Bernini, mistrz baroku, wymyślił go w XVII wieku jako bazę pod wydobyty stąd starożytny egipski obelisk. Pomysł narodził się z szalonej XV-wiecznej romansowej książki i utrwalił się, bo Rzymianie uwielbiają dziwaczności. Przez długie lata obelisk ze słoniem nazywano „pulcino” - czyli „kurczaczek”, ze względu na jego dość filigranowy - jak na rzymską skalę - wzrost. Połączenie egipskiego monumentu, rzymskiego humoru i berninowskiej fantazji? Rzym w pigułce. Za ścianami Santa Maria sopra Minerva rozgrywały się też poważniejsze sceny. To właśnie tutaj odbywały się dwa burzliwe konklawe - wybory papieży, gdy na ulicach miasta wrzały polityczne zamieszki. W zakrystii, pod czujnym okiem Dominikanów, debatowało kilkunastu kardynałów, podczas gdy żołnierze i mieszkańcy byli gotowi bronić placu przed rywalizującymi rodami Orsinich i Colonnów. Kto by pomyślał, że święty spokój tak często bywa tu… tymczasowy? A jeśli masz ochotę na najnowsze plotki lub przypominasz sobie sprawę Galileusza - właśnie w sąsiedzi odbył się jego słynny proces inkwizycji. Tu po raz ostatni publicznie wycofał się z potwierdzenia teorii Kopernika. A wszystko to w cieniu gotyckich łuków, przy akompaniamencie organów wartej dziś fortuny. To miejsce, w którym duchowość, nauka i absurd spotykają się i... przechodzą przez Plac Minervy na obiad. Stojąc tutaj, można poczuć się częścią rzymskiej trajektorii - od starożytnych bogiń po procesy naukowe i barokowe żarty. Gdy będziesz gotowy ruszyć dalej, czas na Bibliotekę Casanatense - idź spokojnie na południe, to ledwie cztery minuty spacerem.
Otwórz dedykowaną stronę →
Pokaż jeszcze 11 przystankówPokaż mniej przystankówexpand_moreexpand_less
Spójrz w lewo - od razu zauważysz rząd ogromnych, pionowo żłobionych kolumn z jasnego marmuru, które dosłownie wyrastają z fasady imponującego budynku o klasycznym wyglądzie.…Czytaj więcejPokaż mniej
Spójrz w lewo - od razu zauważysz rząd ogromnych, pionowo żłobionych kolumn z jasnego marmuru, które dosłownie wyrastają z fasady imponującego budynku o klasycznym wyglądzie. Delikatnie mówiąc, nie jest to sklep spożywczy. Przed tobą szumi historia i… dzisiejsza rzymska giełda. Tu, przy Piazza di Pietra - czyli „kamiennym placu”, a nazwa wcale nie jest przesadą - masz okazję dotknąć wieczności. To pozostałości ze Świątyni Hadriana, poświęconej jednemu z najbardziej podróżujących i zaskakująco... brodatych cesarzy Rzymu. Jeśli kusi cię wrażenie, że właśnie patrzysz na prawdziwe serce starożytnego imperium - masz rację. Hadrian, gość znany z kolekcjonowania architektonicznych cacek, zmarł w 138 roku naszej ery. Jego następca - syn adoptowany, Antoninus Pius, postanowił uczcić pamięć przyszywanego taty własną „małą” inwestycją budowlaną. Świątynię ukończono w 145 roku i dostała absolutnie luksusową lokalizację: na Campus Martius - Polu Marsowym, niedaleko Pantheonu. Dobra okolica zawsze była tu w modzie. Na ścianach podium świątyni pojawiły się marmurowe płaskorzeźby: „personifikacje” prowincji imperium. Każda z nich - Egipt, Hispania, Germanię, Afrykę i resztę „rodzinki” - ubrano w stroje typowe dla danego regionu. Obok zaś, typowo wojenne trofea. Można powiedzieć, że to był starożytny odpowiednik galerii „Oto nasi najważniejsi znajomi z Instagrama”... Marmurowy feed. Część tych rzeźb podziwiacie dziś w Muzeach Kapitolińskich oraz Narodowym Muzeum Rzymskim. A jak zbudowano ten starożytny „gigabank”? Kolumny powstały z prokonnezyjskiego marmuru pochodzącego aż z północno-zachodniej Turcji - materiał kosztowny, modny (i dziś kosztowałby, bagatela, przynajmniej kilka milionów dolarów za cały ładunek). Część bocznych kolumn była wykonana z marmuru żółtego, sprowadzanego z Tunezji. Marmurowe powierzchnie były ozdabiane misternymi rzeźbieniami, które sprawiały wrażenie, jakby świątynia miała własny dywan z kamienia. Ach, gdyby tylko Hadrian mógł zobaczyć, że półtora tysiąca lat później jego świątynia stoi złączona z... instytucją finansową. Cóż, życie pisze najbardziej przewrotne scenariusze. Świątynia była kiedyś otoczona monumentalną kolumnadą, a sama cella (czyli jej główne wnętrze) posiadała sklepienie z kasetonami i marmurowe dekoracje. Z przodu prowadziły do niej szerokie schody. W oryginale na każdej stronie miała trzynaście kolumn, a na froncie osiem - niezły pokaz siły, nawet jak na standardy rzymskie. Wejście zdobił łuk triumfalny prowadzący na szeroką Via Lata - dzisiejszą Via del Corso - niegdyś miejsce parad i procesji. Dziś świątynia została niejako „wtopiona” w nowożytny pałac z epoki papieskiej. Ale przyznaj - te kolumny robią większe wrażenie niż niejedna reklama na Wall Street. Do dziś archeolodzy znajdują tu ślady i tajemnice: sekretny poziom o pięć metrów niżej niż obecny plac, fragmenty murów i nawet detale pod spodem schodów, wskazujące dawną orientację budowli. To trochę tak, jakby odkrywać kolejne level’e tej samej gry... tylko plansza ma grubo ponad 1800 lat. Daj sobie jeszcze chwilę. Dotykając tych kolumn, stoisz na skrzyżowaniu światów - starożytność ściera się tu z codzienną gonitwą XXI wieku. Kto wie, może Hadrian z uznaniem spojrzałby na taki recykling architektury? Gdy będziesz gotów na dalsze historie imperium, idź na zachód i pospaceruj 6 minut - zaraz dotrzesz do Kolumny Antoninusa Piusa.
Otwórz dedykowaną stronę →Żeby znaleźć Palazzo Aragona Gonzaga, spójrz w prawo na masywną, żółtawą fasadę z pięcioma dużymi oknami w rzędzie, dekorowanymi dziwnymi, bujnymi gzymsami - to ten imponujący…Czytaj więcejPokaż mniej
Żeby znaleźć Palazzo Aragona Gonzaga, spójrz w prawo na masywną, żółtawą fasadę z pięcioma dużymi oknami w rzędzie, dekorowanymi dziwnymi, bujnymi gzymsami - to ten imponujący budynek na samym rogu, zdecydowanie nie sposób go przeoczyć. No dobrze, oto pałac, który ma tyle nazw, ile pięter. Palazzo Aragona Gonzaga, Palazzo Negroni, a jeszcze później Palazzo Galitzin… tak, można się tu pogubić. Każda rodzina, która miała przyjemność (i fundusze) być właścicielem tej rezydencji, dorzucała swoją cegiełkę - no i nazwisko - do tego niełatwego do rozgryzienia adresu. Dawniej to właśnie tu mieszkał kardynał Scipione Gonzaga - skądinąd typ, który nie tylko miał słabość do uczuć religijnych, ale byłby pewnie znany też jako koneser dobrego towarzystwa. Bo czy to nie cudowne? W tych murach, mniej więcej wtedy, gdy Polska dopiero uczyła się, czym jest piernik, Scipione udzielał schronienia dwóm wyjątkowo barwnym lokatorom: kuzynowi, który stał się później świętym Alojzym, oraz samemu Torquatowi Tasso, poecie o wielkiej wrażliwości i równie wielkich problemach emocjonalnych. Tasso pisał tu listy, wiersze… i roztrząsał swoje dramaty osobiste, bo życie literata nigdy nie było łatwe. Alojzy - urodzony arystokrata, który rzucił fortunę (to było sporo, dzisiaj to jakieś kilka MILIONÓW dolarów, więc nie żadne drobniaki) - tu podjął decyzję o wstąpieniu do jezuitów. Można powiedzieć, że ten pałac widział niejedną poważną życiową rewolucję. Architektonicznie? Spójrzcie dobrze - choć wydaje się prostokątny, tak naprawdę to nieregularny pięciokąt, bo architekt postanowił wykorzystać każdy fragment tego narożnika jak rasowy mistrz Tetrisa. Fasada wzorowana jest na słynnym Palazzo Farnese, ale zgrabnie ubarwiona barokowymi detalami, które dodano już w XVIII wieku, kiedy nowi właściciele chcieli się pochwalić własną wersją „lepszego pałacu”. Zmieniali się właściciele, zmieniał się wystrój, a sam pałac obrósł legendami i herbami - spójrzcie na głowy Murzyna czy emblematy ze strzałami, które świadczą o rodowej dumie Negronich. Swoją drogą, na podwórku stoi jedna fontanna z wizerunkiem Matki Boskiej, którą zastąpiła wcześniejszą, prawdopodobnie zużytą przez konie. Tak, konie - bo przecież w renesansie dół tych wielkich rezydencji zajmowały zazwyczaj stajnie, służba i masa… rzeczy, których elegancki właściciel wolał nie oglądać po śniadaniu. Dziś kancelarie, mieszkania, nikt z zewnątrz nie zobaczy już wnętrz. Ale możesz śmiało przystanąć i wyobrazić sobie, jak przez setki lat przewijały się tędy dramaty, marzenia i całe rodziny, które walczyły, żeby to właśnie ich nazwisko zostało na tabliczce przy bramie. Kiedy będziesz gotowy, do Sant’Agostino, Rzym dzieli Cię tylko pięć minut spokojnego spaceru na południe.
Otwórz dedykowaną stronę →Zerknij w prawo - przed tobą masywna, nieco surowa fasada z ciepłego, jasnego kamienia, zwieńczona trójkątnym frontonem, z szeroką bramą i nieco nieproporcjonalnymi oknami w stylu…Czytaj więcejPokaż mniej
Zerknij w prawo - przed tobą masywna, nieco surowa fasada z ciepłego, jasnego kamienia, zwieńczona trójkątnym frontonem, z szeroką bramą i nieco nieproporcjonalnymi oknami w stylu renesansowym - to właśnie bazylika Sant’Agostino. Sant’Agostino od razu rzuca się w oczy tym, że nie wygląda jak typowy kościół, który chowa się za grillem z kolumn i aniołków. Ten budynek ma konkretny styl. Zresztą, cała ta historia ma mniej wspólnego ze świętością na pokaz, a bardziej z rzymską praktycznością - bo widzisz, fasada powstała z kamieni... pozyskanych wprost z ruin Koloseum. Tak, kiedy Rzym potrzebował nowej świątyni, stwierdzono „po co wydawać fortunę, skoro są gotowe materiały?” - no, recykling na rzymską skalę. Kościół został ukończony w 1483 roku dzięki papieżowi Sykstusowi IV (to ten od Kaplicy Sykstyńskiej) i możnowładcy francuskiemu - kardynałowi d’Estouteville, którego nazwisko dumnie ozdabia fasadę. W środku? Jeden z tych niewielu przypadków, kiedy można powiedzieć: „wchodzisz i od razu dostajesz po oczach” - bo tu aż roi się od dzieł sztuki największych nazwisk Europy. Gdybyś wszedł do środka - nie, to nie jest obowiązkowe, ale gwarantuję, że warto - to pierwszy po lewej kaplica to dom dla słynnej Madonny pielgrzymów, namalowanej przez Caravaggia. Ludzie ponad 400 lat temu wpatrywali się w ten obraz w niemym szoku - w końcu Caravaggio wymalował Madonnę boso, z brudnymi stopami, i w towarzystwie pielgrzymów, którzy - cóż - wyglądali trochę bardziej jak bywalcy nocnych knajp niż święci z obrazków. O skandalu szeptano pół Wiecznego Miasta. Byłoby to mniej więcej jak dziś, gdyby ktoś zamówił fresk, a artysta przyniósł grafitti pod klubem techno. Ale na tym nie koniec sensacji. Trzeci filar po lewej to miejsce, gdzie Rafael - tak, TEN Rafael - wykonał fresk Proroka Izajasza. Fresk był częścią nagrobka kupca niemieckiego, co doskonale pokazuje, jak bogata była mieszanka kultur w ówczesnym Rzymie. A zaraz pod nim: Madonna z dzieciątkiem i św. Anną dłuta Andrea Sansovina, która, według legendy, kiedyś była nawet... rzeźbą Agrypiny z małym Neronem na kolanach. Chyba każdy marzył, by na starość stać się kimś ważniejszym. Zresztą z cudami jest tu na porządku dziennym. Po prawej od wejścia, w niszy, znajdziesz Madonnę od Porodu, przed którą kobiety przez stulecia zapalały świece i zostawiały kwiaty, błagając o szczęśliwy poród. Ołtarz główny był dawniej przypisywany Berniniemu, bo... dlaczego nie? - Ale odpowiada za niego Orazio Turriani, i niech mu będzie. Tu spoczywa też święta Monika, matka świętego Augustyna - symbol matczynej cierpliwości rodem z czasów, kiedy nie było WhatsAppa, a modlitwy matki musiały przebyć znacznie dłuższą drogę niż dzisiejsze SMS-y. Jej grób tu przeniesiono z Ostii w 1424 roku, a sarkofag wykonał nadworny rzeźbiarz papieża za całkiem sporą sumę jak na XV wiek - można by za to dziś kupić mały apartament w centrum Rzymu. A jeśli już jesteśmy przy apartamentach i prestiżu - Sant’Agostino to dom główny Augustianów i miejsce, gdzie modlą się kardynałowie i papieże, przynajmniej na pierwszą sobotę Wielkiego Postu. Trochę jakby mieć karnet VIP na najważniejsze nabożeństwa w roku. Gdy już nasycisz się widokiem renesansowej prostoty z rzymskim sznytem, Uniwersytet Papieski Świętego Krzyża czeka dosłownie dwie minuty na zachód - tak, tylko tyle dzieli cię od kolejnej odsłony historii Rzymu.
Otwórz dedykowaną stronę →Wyobraź sobie, że lądujesz nagle w Rzymie końca XVI wieku, kiedy miasto było pełne nie tylko zapachów ulicznych kawiarni, ale i ostrych debat religijnych. Tutaj właśnie, w sercu…Czytaj więcejPokaż mniej
Wyobraź sobie, że lądujesz nagle w Rzymie końca XVI wieku, kiedy miasto było pełne nie tylko zapachów ulicznych kawiarni, ale i ostrych debat religijnych. Tutaj właśnie, w sercu Rzymu, powstało coś, co wywróciło do góry nogami dotychczasowe wyobrażenia o życiu duchowym: Oratorium Świętego Filipa Neri. I teraz, stojąc przed tą instytucją, usłyszysz historię, która nie jest taką typową rzymską opowieścią o przepisach, zakazach i wielkich ślubach. O nie... Filip Neri, czyli „święty radości”, jak później powiedział o nim sam papież Jan Paweł II, miał tyle charyzmy, że nawet dni pochmurne zdawały się nabierać kolorów. Co ciekawe, założył on wspólnotę księży i braci, którzy żyją razem... bez składania jakichkolwiek ślubów zakonnych. Zero ślubów ubóstwa, czystości czy posłuszeństwa. Tutaj, w Oratorium, wszystko trzyma się... na nici dobrej woli i poczuciu braterskiej przyjaźni. Nieźle, prawda? Takie podejście było wtedy naprawdę rewolucyjne. Oratorianie mają coś, co nazywają „stabilitas” - po polsku najłatwiej to opisać jako przywiązanie nie do reguły ogólnej, ale do KONKRETNEGO DOMU, konkretnej wspólnoty. Osoby tu przystępujące nie są rzucane po jakichś zapomnianych klasztorach, tylko mogą wybrać, gdzie chcą żyć i pracować. Przypomina to bardziej rodzinę niż wojskowy oddział. Wyobraź sobie też, że Filipa i jego ludzi papież oficjalnie klepnął w 1575 roku. I wiecie co? Zamiast wielkich kapeluszy, habitów i tradycyjnej dyscypliny, codzienność oratorian to modlitwa, sakramenty i - to mój ulubiony moment - głoszenie kazań, których nie sposób było przegapić, bo słynęły z elokwencji i... żartobliwych wtrętów. Ich strój jest typowo księżowski, ale z twistem: charakterystyczny, biały kołnierz, który w zależności od liczby fałd, potrafi podpowiedzieć, z której wspólnoty trafiliśmy na oratorianina. Trochę jak kody paskowe na koszulkach piłkarskich, tylko że tutaj mamy tkaninę, nie plastiki. To wszystko sprawiało, że Oratorium z miejsca stało się magnesem na nietuzinkowe dusze. Ktoś miał dość samotności czy zgiełku innych zakonów? Proszę bardzo - w Oratorium mógł poczuć się jak w dobrze przemyślanym azylu. No i na koniec - mała ciekawostka. Oratorianie nie są zarządzani przez żaden centralny urząd. Każda wspólnota funkcjonuje samodzielnie, trochę jak niezależne restauracje w wielkim mieście. Jeśli coś trzeba załatwić z Watykanem, wybierają jednego reprezentanta. Swoją drogą, pozwól, że powiem: taka elastyczność to raczej rzadkość w katolickim świecie. Rzymskie Oratorium było inspiracją dla powstawania podobnych domów od Brazylii po Indie. W samej Polsce jest ich aż kilka - od Tarnowa po Poznań - więc kto wie, czy nie spotkasz gdzieś oratorianina... tylko musisz wypatrywać tej charakterystycznej fałdowanej koloratki! Gotowy na kolejny przystanek? Kieruj się na południe przez dwie minuty, a prosto przed Tobą będzie słynny Pasquino.
Otwórz dedykowaną stronę →A więc spójrz w prawo… to miejsce ma poważną historię - ale nie martw się, nie będzie testu na końcu. To siedziba pijarów, czyli Zakonu Matki Bożej Szkół Pobożnych, założonego…Czytaj więcejPokaż mniej
A więc spójrz w prawo… to miejsce ma poważną historię - ale nie martw się, nie będzie testu na końcu. To siedziba pijarów, czyli Zakonu Matki Bożej Szkół Pobożnych, założonego przez Józefa Kalasancjusza. Jeśli nazwisko nic ci nie mówi, spokojnie - kiedy pierwszy raz pojawił się w Rzymie, nikt się specjalnie nie przejął facetem z Aragonii, który miał hopla na punkcie uczenia dzieci. A jednak wyobraź sobie to miasto czterysta lat temu: wokół biega gromada łobuzów, a Józef stwierdza, że dzieci biednych mają prawo do nauki, nie tylko do paciorka. W 1597 roku Kalasancjusz otworzył tu, niedaleko, pierwszą w Europie DARMOWĄ szkołę publiczną. To był moment przełomowy - szkoły do tej pory? Raczej dla bogatych. Józef uznał, że edukacja należy się każdemu. Nawet jeśli twoje buty pamiętały lepsze czasy... To był taki moment, w którym sprzeciwił się nie tylko własnym kolegom-klerom, ale i całej hierarchii - do tego stopnia, że z zazdrości i strachu zaczęto mu rzucać kłody pod nogi. Pijarzy, czyli “ubodzy księża regularni”, szybko zaczęli podbijać Europę jak dobra piosenka na TikToku. Najpierw Frascati, potem Liguria, Morawy, aż w końcu Polska - tu pijarzy stali się prawdziwym hitem edukacyjnym. Wyobraź sobie, że Tadeusz Kościuszko, Mendel (ojciec genetyki!) czy nawet papież Pius IX chodzili do ich szkół. Victor Hugo też! I choć dziś nikt nie zapyta cię czy wiesz, co to “schola principiorum”, pijarzy uczyli nie tylko alfabetu, ale też matematyki, języków, retoryki - rzeczy, za które dziś płaciłbyś niezłą fortunę na korepetycjach. Innowacją Kalasancjusza była czwarta przysięga: nie dość, że ubóstwo, czystość i posłuszeństwo - dochodziła jeszcze bezwarunkowa misja nauki dzieci, szczególnie tych z biednych rodzin. Jak na tamte czasy, to było coś bardziej radykalnego niż włoscy politycy zmieniający partie. Kiedy zresztą Kalasancjusz próbował uchronić jeden z domów pijarów przed skandalem, trafił na przeciwników z wyższych sfer - podwójnie wkurzonych przez poparcie Galileo Galilei i zamieszanie wokół grzechów kolegów w sutannach. Efekt był taki, że sam zakon niemal zlikwidowano w połowie XVII wieku, a Kalasancjusza przesłuchiwała… Inkwizycja. Mimo wszystko jego idee przetrwały i znów wróciły do łask. Charakterystyczny habit pijarów - coś w stylu jezuickiej sutanny, przewiązanej paskiem - to wyraz dyscypliny i… praktyczności. Dwoma filarami zakonu są “Pietas et Litterae” - czyli “Pobożność i Nauka”. Nie bez kozery - spośród ich wychowanków, aż dwóch noblistów i cała plejada świętych oraz wielkich uczonych. W Europie pijarów znajdziesz dziś od Hiszpanii po Słowację, a nawet w Ameryce, Azji, Afryce. Polska historia? Stanisław Konarski, słynny reformator edukacji, to także ich wychowanek. Nagroda Sapere Auso, ustanowiona przez samego króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, powstała by docenić pijarską dbałość o rozum i serce. Cóż, gdy spojrzysz na tę dość niepozorną siedzibę... weź głęboki oddech i wyobraź sobie gromadkę dzieciaków uczących się tutaj kiedyś czytać i liczyć - bo to właśnie tutaj zaczęła się rewolucja edukacyjna, której ślady odnajdziesz dziś w szkołach na całym świecie. A teraz, kiedy już trochę podładowaliśmy głowę, gotowy na coś monumentalnego? Kieruj się na południe - Sant'Andrea della Valle jest tylko 2 minuty stąd.
Otwórz dedykowaną stronę →Patrz przed siebie - ogromna fasada z jasnego kamienia, z dwoma poziomami kolumn i dynamicznie wyrzeźbionym frontonem, to właśnie Sant'Andrea della Valle. Łatwo ją poznać po…Czytaj więcejPokaż mniej
Patrz przed siebie - ogromna fasada z jasnego kamienia, z dwoma poziomami kolumn i dynamicznie wyrzeźbionym frontonem, to właśnie Sant'Andrea della Valle. Łatwo ją poznać po kaskadzie ozdób i wysokiej kopule, która wyłania się znad dachów jak balon na festynie. Wyobraź sobie, że barokowi architekci spotykają się tutaj na kawę, a potem - zamiast zostawiać tylko napiwek - zostawiają nam jeden z największych kościołów XVII-wiecznego Rzymu. Sant'Andrea della Valle została zbudowana dzięki zaskakująco skomplikowanemu układowi spadkowemu: najpierw księżna Costanza Piccolomini d’Aragona oddaje swój pałac Teatynom, potem pałeczka przechodzi z rąk do rąk kardynałów, aż pojawia się kardynał Alessandro Peretti di Montalto, który rzuca na stół - bagatela - 150 000 złotych skudów. To dziś jakieś 20 milionów dolarów, więc mówimy o kościelnym “budżecie Marvela”. Wchodząc do środka, od razu przytłacza cię ogrom kopuły - trzeciej co do wielkości w Rzymie, zaraz po Bazylice świętego Piotra i Panteonie. A co najciekawsze, jej dekorację rozstrzygnięto w artystycznym pojedynku niemal lepszym niż bitwy gladiatorów: uczniowie Carracciego, Lanfranco i Domenichino, prześcigali się, kto namaluje efektowniejszy raj. Ostatecznie obaj dostali robotę (zupełnie jak w polityce), a ekspresyjna wizja Lanfranca na sklepieniu wyznaczyła trendy na pokolenia - jakby Instagram zdominował świat fresków. Przechodząc nawami, trafisz na kaplice, które wyglądają, jakby ktoś pomylił kościół z muzeum rzeźby. Mamy tu reliefy w stylu Berniniego, marmurowe grobowce rodzin Ginetti, Strozzi, czy Barberini i prace rzeźbiarzy z nazwiskami, które same w sobie brzmią jak nazwy ciast. W kaplicy Strozzi - rzeźby Lei i Racheli, odlewane z oryginałów Michała Anioła. Są też brązowe płaskorzeźby, a w czarnej marmurowej ścianie grobowce, które wyglądają na stworzonych do opowieści o duchach. Z lewej strony - Madonna della Purità chroni wizerunkiem Rzym przed klęską głodu. W kaplicy świętego Kajetana, założyciela teatynów, ołtarz i freski są tak bogate, że sam Kajetan pewnie zakręciłby się w grobie z podziwu, gdyby nie był świętym. W apsydzie - dramatyczne sceny życia, męczeństwa i pogrzebu świętego Andrzeja, namalowane na zamówienie Olimpii Maidalchini, która w czasach baroku potrafiła zrobić więcej szumu niż niejeden kardynał. A jeśli usłyszysz dźwięki organów - całkiem możliwe, że to praktyka organisty, który gra tu od 2017 roku na instrumencie z połowy XIX wieku. Możesz posłuchać i wyobrazić sobie, jak w tych wnętrzach rozlegają się chóralne fragmenty... na przykład z opery „Tosca” Pucciniego, bo tak - pierwszy akt tej opery rozgrywa się właśnie tu! Choć, jak na operowe standardy, kaplica Attavanti była raczej poetyckim wymysłem kompozytora. Sant’Andrea della Valle to nie tylko dzieło architektury i sztuki, lecz także dobry przykład, że gdy w grę wchodzą wielkie pieniądze, wielkie ego i jeszcze większe ambicje - to efekt końcowy potrafi zachwycić przez stulecia. Gdy już się nasycisz tym barokowym rozmachem, Palazzo Massimo alle Colonne czeka raptem minutę drogi na zachód - wystarczy skręcić na Corso Vittorio Emanuele II i iść prosto.
Otwórz dedykowaną stronę →Proszę bardzo... po lewej widzisz Bibliotekę Casanatense, miejsce, gdzie kurz na księgach to bardziej relikwia niż zaniedbanie. Otwarta w 1701 roku, ta biblioteka powstała, bo…Czytaj więcejPokaż mniej
Proszę bardzo... po lewej widzisz Bibliotekę Casanatense, miejsce, gdzie kurz na księgach to bardziej relikwia niż zaniedbanie. Otwarta w 1701 roku, ta biblioteka powstała, bo kardynał Girolamo Casanate dość dosłownie wziął sobie do serca sprawę “dziedzictwa” - ofiarował swój całkiem niemały księgozbiór, około 25 tysięcy woluminów, razem z pokaźnym spadkiem na poziomie 160 tysięcy ówczesnych skudów. Gdyby to przeliczyć na współczesną kasę... mówimy o kwocie idącej w dziesiątki milionów euro, czyli całkiem sporo na porządną bibliotekę, bez stołu do ping ponga, ale za to z pokaźną kolekcją rękopisów. Casanate chciał, żeby miejsce to nie zaplątało się w typowe klasztorne intrygi, więc zarząd oddał w ręce dominikanów, tworząc wyrafinowaną, niemal SUPERTAJNĄ komisję „mędrców”. Tu byli teolodzy wyciągnięci prosto z Rzymu, Paryża czy Barcelony... W ramach “działalności kulturalnej” mogli (z przymusu) wałkować Tomizm i nauki św. Tomasza, czyli włoska specjalność wyższych lotów. Biblioteka miała swoją własną administrację, budżet i... własne dramaty. Każdy biblioteczny “prefekt” liczył się tu niemal tak samo jak papież - każdy z nich przez dekady pilnował ładu, papeterii i nieustających teologicznych debat. Najbarwniejszą postacią był tu chyba Giovanni Battista Audiffredi, bo kierował tym miejscem prawie 40 lat - ponoć potrafił rozróżnić rękopisy po zapachu farby drukarskiej.... W XIX wieku przyszedł czas na kolejną rewolucję - po zjednoczeniu Włoch państwo przejęło bibliotekę. Nowi zarządcy, jak Ignazio Giorgi, dołożyli nowe czytelnie i zadbali o to, by ten skarb nie został zamieniony w elegancki magazynek na stare nuty Paganiniego czy bibliotekę dla szczura archiwalnego. Dzisiaj Casanatense to naprawdę imponujący zbiór: 400 tysięcy książek, ponad 6000 rękopisów, ponad 2000 inkunabułów - czyli bardzo starych, bardzo cennych książek drukowanych przed 1501 rokiem. Jeżeli marzysz o archiwalnych nutach Paganiniego... właśnie tutaj znajdziesz aż 90 oryginalnych rękopisów mistrza skrzypiec. Jest też archiwum Giovanniego Sgambatiego - włoskiego pianisty, który swego czasu mógłby zapełnić całą salę koncertową już samym ukłonem. A teraz, jeśli masz ochotę odkryć coś równie fascynującego, jak zbiory tej biblioteki, rusz przed siebie na północ - świątynia Hadriana czeka, tylko 3 minuty spacerem.
Otwórz dedykowaną stronę →Aby ją dostrzec, wypatruj solidnej, kamiennej bazy z wyraźnie rzeźbionymi reliefami - znajdziesz ją nie w samym centrum placu, jakby się chciało, ale ukrytą teraz na dziedzińcu…Czytaj więcejPokaż mniej
Aby ją dostrzec, wypatruj solidnej, kamiennej bazy z wyraźnie rzeźbionymi reliefami - znajdziesz ją nie w samym centrum placu, jakby się chciało, ale ukrytą teraz na dziedzińcu przy Muzeach Watykańskich. Nie brzmi jak wielka atrakcja - ot, podstawa po dawnej kolumnie, której reszta dawno już przepadła. Ale wiesz co? Ta historia pełna jest zwrotów akcji, zmian planów i przypadkowych katastrof - zupełnie jak w niektórych włoskich kampaniach politycznych. Wyobraź sobie: rok 161. Władza jest w rękach Marka Aureliusza i Lucjusza Werusa. Właśnie pożegnali władcę - Antoninusa Piusa - i, jak przystało na starożytny PR, postanawiają uczcić go nie czymś małym, ale WIELKĄ kolumną z czerwonego granitu z Egiptu. To nie jest taki sobie kamień - tylko najpotężniejsze imperium świata mogło sobie pozwolić na import materiału, który już wtedy miał status “luksusowego”, niemal jak sprowadzenie Ferrari prosto z Maranello… tylko, że ważyło to dużo więcej i nie miało kół. Na samym szczycie miała stać statua cesarza, żeby każdy, kto się tu pojawi, pamiętał, do kogo należał ten kawałek miasta. Nie była to jednak kolumna ozdobiona spiralnym reliefem, jak ta Trajana czy Marka Aureliusza. Nie, tutaj prostota rządziła: gładki, majestatyczny trzon - czasem mniej znaczy więcej, prawda? Przy kolumnie było ogrodzenie. Zapobiegliwi Rzymianie woleli nie zostawiać jej bez ochrony - być może bali się, że ktoś ukradnie… kolumnę? Ale, jak to bywa z najbardziej efektownymi rzymskimi konstrukcjami, los nie był łaskawy. Kiedy po ponad półtora tysiąca lat odkryto ruiny kolumny w czasach papieża Klemensa XI, była już w kawałkach. Próby rekonstrukcji? Liczne. Najpierw grzebano w gruzach, potem ktoś coś próbował układać - trochę jak puzzle z brakującymi elementami. Padał też pomysł, żeby dorobić statuetkę na szczyt, jakby to miało rozwiązać wszystko. Niestety, ostatecznie nawet ogień dorzucił swoje trzy grosze. W 1759 roku magazyn, w którym przechowywano fragmenty, zwyczajnie się spalił. Przekleństwo? Raczej rzymska klątwa półtora tysiąca lat niewygody. W końcu, gdy trudno już było złożyć kolumnę do kupy, przyciśnięci brakiem egipskiego granitu - bo, wiadomo, wtedy to było TAK drogie, że nawet Jeff Bezos dwa razy by się zastanowił - Rzymianie postanowili: użyjemy tego, co zostało, żeby uratować inny zabytek, czyli obelisk Montecitorio. Co z tej kolumny przetrwało? Ta baza, na którą patrzysz. Jedna wielka rzeźbiona “kostka”, na której aż roi się od symboli. Najbardziej widowiskowy jest relief, gdzie Antoninus Pius i jego żona Faustyna, pod eskortą genialnie skrzydlatego bożka, szykują się… na niebiańską podróż. Na obrzeżach siedzą Roma (u siebie prawie jak w dresie, choć tutaj ubrana jak amazonka), a drugi typ to uosobienie samego Pola Marsowego - polano, które miało swoje pięć minut dzięki cesarzowi Augustowi. Dwie pozostałe strony bazy pokazują sceny “decursio” - jak pogrzebowe pokazy z końmi, które urządzano po śmierci władcy. Mnóstwo detali - kawalerzyści, piechota, proporce - w iście eksperymentalnym ujęciu: trochę z lotu ptaka, trochę pełna przepychu parada. W sumie, dla Rzymian, to była okazja do pokazania, że nawet nad grobem cesarz ma niezłą widownię. A teraz... to już tylko kamienna podstawa, ale ile historii się z niej wylewa... Zaintrygowany? Jeśli chcesz zobaczyć coś jeszcze bardziej arystokratycznego, kieruj się na północ przez 2 minuty - tam czeka na nas Palazzo Aragona Gonzaga.
Otwórz dedykowaną stronę →Popatrz po lewej - to właśnie Uniwersytet Papieski Świętego Krzyża, w skrócie PUSC. Aż trudno uwierzyć, że historia tego miejsca zaczęła się nie tak dawno temu, bo dopiero w…Czytaj więcejPokaż mniej
Popatrz po lewej - to właśnie Uniwersytet Papieski Świętego Krzyża, w skrócie PUSC. Aż trudno uwierzyć, że historia tego miejsca zaczęła się nie tak dawno temu, bo dopiero w latach 80., co jak na rzymskie standardy to prawie wczoraj. Teraz wygląda całkiem niepozornie, ale tu rodzą się pomysły i dyskusje, które kształtują Kościół... no i nie tylko Kościół. Pomysłodawcą tej uczelni był św. Josemaría Escrivá, założyciel Opus Dei. Chciał stworzyć centrum naukowe dla duchownych i świeckich z całego świata. Widział Rzym jako epicentrum refleksji nad wiarą, kulturą i tym, jak jedno przeplata się z drugim. W 1984 roku ruszył pierwszy ośrodek akademicki pod auspicjami Opus Dei, a z czasem, po kilku kolejnych krokach formalnych - i przy odrobinie watykańskiej biurokracji - przekształcił się w prawdziwy uniwersytet papieski w 1998 roku. To nie jest jeden z tych miejsc, gdzie studenci leżą na trawie i żonglują frisbee. Uniwersytet ma tu cztery wydziały: teologię, filozofię, prawo kanoniczne oraz - co całkiem w duchu nowoczesnym - komunikację społeczną instytucjonalną. Można tu zdobyć tradycyjne stopnie od licencjatu po doktorat, ale nie myśl, że to tylko teologia i rozważania o świętych. Są specjalizacje o komunikowaniu się Kościoła ze światem, jest etyka, filozofia nauki, no i rzecz jasna dogłębne analizy prawa kościelnego. Rzym i debata idą tu w parze jak spaghetti i pecorino. Uniwersytet działa w dawnym Pałacu Sant’Apollinare - ściany pamiętają tu jeszcze niemieckich i węgierskich alumnów, bo to kiedyś był ich kolegium. Miejsce na naukę wybrano więc nieprzypadkowo: trochę historii, dużo watykańskich koneksji... i oczywiście stare mury, bo w Rzymie nic nie jest naprawdę nowe. Czy wiesz, że w bibliotece zgromadzono tu już ponad 209 tysięcy woluminów? Nie, nie liczyłem sam, ale podobno szybko gonią Bibliotekę Casanatense. Są tu wyjątkowe kolekcje, choćby księgozbiór filozofa Cornelia Fabro. A żeby ktoś nie pomyślał, że katolickie uniwersytety żyją tylko rozprawami sprzed kilku wieków, regularnie ukazują się tu naukowe czasopisma - znajdziesz tytuły od „Annales Theologici” po „Church, Communication and Culture”. Tylko z martwą literą prawa się tu nie rozmawia. Każdego roku do Rzymu zjeżdżają z całego świata przyszli księża, diakoni, ale i świeccy studenci, przyjeżdżający tu na stypendia, które kiedyś wynosiły kilkadziesiąt dolarów miesięcznie, dziś to równowartość dobrego obiadu w centrum miasta. O ile nie zdecydujesz się tu studiować na stałe - co wymaga nieco więcej niż tylko gotowości do zwiedzenia kilku kościołów - możesz spokojnie podziwiać ten miks nowoczesności i tradycji z ulicy. Także, jeśli czujesz powołanie - do nauki albo po prostu dobrej kawy w rzymskim cieniu - to miejsce można wpisać sobie na własną listę „must see”... a może nawet „must learn”, jeśli ktoś chce pogłębić filozoficzno-teologiczne rozważania przy espresso. Gdy będziesz gotów, Oratorium św. Filipa Neri znajdziesz idąc na północ przez 7 minut.
Otwórz dedykowaną stronę →Patrz na narożnik Piazza di Pasquino, tuż przy murze Palazzo Braschi, gdzie zobaczysz poszarpaną, mocno zużytą marmurową rzeźbę - to nieznany wojownik, z twarzą skierowaną ku…Czytaj więcejPokaż mniej
Patrz na narożnik Piazza di Pasquino, tuż przy murze Palazzo Braschi, gdzie zobaczysz poszarpaną, mocno zużytą marmurową rzeźbę - to nieznany wojownik, z twarzą skierowaną ku górze i fragmentem drugiej, prawie już niezauważalnej postaci pod jego dłonią. Przed Tobą legendarny Pasquino - niepozorna, zniszczona statua, która przez kilka stuleci była najbardziej GŁOŚNYM krytykiem władzy w Rzymie. Chociaż dziś wygląda raczej na kto-tu-zostawił-ten-kamień, to w przeszłości mroczne noce rozbrzmiewały tutaj śmiechem i szeptami spiskowców. Ich orężem nie był miecz, ale słowo - przyczepione do szyi Pasquina. Powstawały „pasquinate” - anonimowe, często bezlitosne satyryczne wiersze, dzięki którym nawet papieże czuli się... cóż, mniej nieśmiertelni. Sam Pasquino ma imię owiane mgłą plotek. Jedni sądzą, że ochrzczono go na cześć lokalnego fryzjera, inni - ironicznego szewca, jeszcze inni mówią o nauczycielu łaciny, którego uczniowie uznali, że statua wygląda jak on po ciężkiej nocy. No cóż, niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto choć raz nie spotkał rzeźby, która przypomina znajomego nauczyciela. Odnaleziono go tu w 1501 roku podczas remontu ulicy i pałacu Orsini. Wszyscy chcieli się go pozbyć - był brzydki, obdarty, zupełnie nieprzydatny. Jednak wpływowy kardynał Carafa uznał, że coś w nim widzi, więc postawił go w tym kącie, dodał swoje godło i... statua została. Wtedy zaczęła się zabawa, która trwała przez pokolenia. Papiestwo próbowało z Pasquinem walczyć na wszystkie sposoby. Jeden z papieży prawie wrzucił go do Tybru - powstrzymała go dopiero grupa mądrzejszych kardynałów, którzy zdali sobie sprawę, że z satyrą lepiej NIE zadzierać. Potem próbowano wprowadzać straże i kary śmierci dla twórców pasquinate - z mizernym skutkiem. Ludzie byli szybsi; a ich żarty, ostrzejsze od gladiusa. Najwięcej wokół Pasquina działo się, gdy po mieście krążyły plotki o wyborach papieża - nikt nie był święty. O jednej pasquinate mówiło się tak głośno, że przetrwała całe wieki: „Quod non fecerunt barbari, fecerunt Barberini” - czyli „Czego nie dokonali barbarzyńcy, dokonali Barberini”. Dotyczyło to zuchwałej decyzji papieża Urbana VIII, który zdjął brąz z Panteonu, by Bernini mógł zbudować dla niego monumentalny baldachim. Czy autor był prostym Rzymianinem, czy dobrze opłacanym poetą? Dziś już nie dowiemy się, kto miał w tym rękę - pewne natomiast jest, że Pasquino stał się nieoficjalnym rzecznikiem wszystkich, którzy bali się własnym głosem powiedzieć „DOŚĆ”. Jak to mówią miejscowi: „Pasquino gadał za wszystkich - i dla wszystkich”. Dziś już rzadko kto zostawia tu pasquinate, a jeśli już, trafiają na specjalną tablicę obok. Ale przez kilka stuleci ta statua była facebookiem, twitterem i... czasem nawet Trybunałem Konstytucyjnym w jednym. Gotowy na kolejny przystanek? Kieruj się na południowy wschód przez 3 minuty, a dotrzesz do Pijarzy.
Otwórz dedykowaną stronę →Patrz przed siebie - wypatruj zaokrąglonej, portykowej fasady wzdłuż Corso Vittorio Emanuele II; Palazzo Massimo alle Colonne trudno pomylić z czymkolwiek innym, bo jego krzywizna…Czytaj więcejPokaż mniej
Patrz przed siebie - wypatruj zaokrąglonej, portykowej fasady wzdłuż Corso Vittorio Emanuele II; Palazzo Massimo alle Colonne trudno pomylić z czymkolwiek innym, bo jego krzywizna dopasowana jest nie do kaprysu architekta, ale - jak to bywa w Rzymie - do starożytnego teatru zakopanego pod twoimi stopami. No to czas na finał, a Rzym serwuje go w stylu: oto pałac, który wygląda, jakby projektował go ktoś, kto naprawdę NIE chciał prostych linii. Ten renesansowy majstersztyk wyczarował Baldassarre Peruzzi po 1532 roku dla rodu Massimo - nazwisko, które w rzymskich archiwach przewija się od średniowiecza. Ale nie myśl, że to, co widzisz, to ich pierwsze rodzinne gniazdko. Wcześniejszy pałac zdmuchnęło z powierzchni ziemi to, co włoska prasa mogłaby dziś określić jako „kryzys sytuacji nadzwyczajnej”, a historycy nazywają grabieżą Rzymu w 1527 roku. Cały ten zespół pałacowy Massimich to istny labirynt, z odnogami i przejściami, co nie dziwi: mieści się na bardzo nieregularnej działce, a cała fasada… jest szeroka nie przez przypadek. Peruzzi musiał trochę „oszukiwać” perspektywą, żeby pałac nie wyglądał jak ciasna klitka, tylko robił wrażenie - i, no cóż, udało się. Co ciekawe, portyk - czyli ten elegancki rząd kolumn, pod którym teraz mogą się chronić przed deszczem całe tabuny turystów - to element rzadki w rzymskich pałacach. Papież pozwolił Massimim zachować swoje kolumny, kiedy wszystkim innym, z powodów niezbyt duchowych, kazał rozbierać portyki. Czemu? Rodzina Massimo miała wyjątkowe koneksje... i, powiedzmy szczerze, nie najgorszy kontakt z władzą świecką i kościelną. A skoro mowa o kolumnach - nazwa „alle Colonne” nie wzięła się znikąd. Stoją tu, bo dom wybudowano na dawnych rzymskich ruinach: pod tobą leży Odeon Domicjana, czyli antyczny kryty teatr, z którego jedna kolumna została w XX wieku na nowo postawiona na pobliskim placu Massimi. W rodzinie Massimo wszystko kręci się wokół historii - i to nie byle jakiej: ich przodek Fabiusz Maksimus był bohaterem Rzymu, a sufit jednej z komnat malował sam Daniele da Volterra. O, daniele da Volterra - znany też jako „owinięty w spodnie”, bo to właśnie on zasłaniał roznegliżowanych świętych na freskach Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej... W środku tego pałacu znajdziesz przepych rodem z najlepszych seriali historycznych: złote salony, schody, dzieła sztuki... Tyle że tam wstęp mają tylko wybrańcy, i to raz w roku, na 16 marca. Wtedy rodzina Massimo upamiętnia cud: oto w 1583 roku, na drugim piętrze, święty Filip Neri rzekomo przywrócił do życia ich syna, Pawła Massimo - chociaż tylko na chwilę, ale w tamtych czasach TAKIE cuda robiły karierę szybciej niż posty na Instagramie. Ostatnia ciekawostka: obok Palazzo Massimo alle Colonne znajduje się Palazzo Massimo di Pirro - nazwa nie od hipopotama, tylko od monumentalnej statuy, którą przez wieki uważano za wizerunek Pyrrusa, króla Epiru i legendarnego wroga Rzymu. Okazało się, że to... rzymski bóg wojny, Maarte, dziś można go podziwiać w Muzeach Kapitolińskich. Więc jeśli poczujesz, że gdzieś tu między kolumnami przechadzają się duchy dawnych senatorów albo podejrzanie eleganckich kardynałów - nie przejmuj się. To po prostu Rzym. Dziękuję za wspólną podróż!
Otwórz dedykowaną stronę →
Najczęściej zadawane pytania
Jak rozpocząć trasę?
Po zakupie pobierz aplikację AudaTours i wpisz kod realizacji. Trasa będzie gotowa do natychmiastowego rozpoczęcia – po prostu dotknij \"Play\" i podążaj trasą z nawigacją GPS.
Czy potrzebuję internetu podczas trasy?
Nie! Pobierz trasę przed rozpoczęciem i korzystaj z niej w pełni offline. Jedynie funkcja czatu wymaga internetu. Zalecamy pobieranie przez WiFi, aby oszczędzać dane mobilne.
Czy to wycieczka grupowa z przewodnikiem?
Nie – to samodzielny audioprzewodnik. Zwiedzasz niezależnie, we własnym tempie, z narracją audio odtwarzaną przez telefon. Bez przewodnika, bez grupy, bez harmonogramu.
Ile trwa trasa?
Większość tras zajmuje 60–90 minut, ale to Ty kontrolujesz tempo. Wstrzymuj, pomijaj przystanki lub rób przerwy, kiedy chcesz.
Co jeśli nie zdążę ukończyć trasy dzisiaj?
Żaden problem! Trasy mają dożywotni dostęp. Wstrzymaj i wznów, kiedy chcesz – jutro, za tydzień lub za rok. Twój postęp jest zapisywany.
W jakich językach są dostępne trasy?
Wszystkie trasy są dostępne w ponad 50 językach. Wybierz preferowany język podczas realizacji kodu. Uwaga: języka nie można zmienić po wygenerowaniu trasy.
Gdzie znajdę trasę po zakupie?
Pobierz darmową aplikację AudaTours z App Store lub Google Play. Wpisz kod realizacji (wysłany e-mailem), a trasa pojawi się w Twojej bibliotece, gotowa do pobrania i rozpoczęcia.
Jeśli trasa Ci się nie spodoba, zwrócimy Ci pieniądze. Skontaktuj się z nami pod adresem [email protected]
Bezpieczna płatność przez 



















