Zerknij w prawo - przed tobą masywna, nieco surowa fasada z ciepłego, jasnego kamienia, zwieńczona trójkątnym frontonem, z szeroką bramą i nieco nieproporcjonalnymi oknami w stylu renesansowym - to właśnie bazylika Sant’Agostino.
Sant’Agostino od razu rzuca się w oczy tym, że nie wygląda jak typowy kościół, który chowa się za grillem z kolumn i aniołków. Ten budynek ma konkretny styl. Zresztą, cała ta historia ma mniej wspólnego ze świętością na pokaz, a bardziej z rzymską praktycznością - bo widzisz, fasada powstała z kamieni... pozyskanych wprost z ruin Koloseum. Tak, kiedy Rzym potrzebował nowej świątyni, stwierdzono „po co wydawać fortunę, skoro są gotowe materiały?” - no, recykling na rzymską skalę.
Kościół został ukończony w 1483 roku dzięki papieżowi Sykstusowi IV (to ten od Kaplicy Sykstyńskiej) i możnowładcy francuskiemu - kardynałowi d’Estouteville, którego nazwisko dumnie ozdabia fasadę. W środku? Jeden z tych niewielu przypadków, kiedy można powiedzieć: „wchodzisz i od razu dostajesz po oczach” - bo tu aż roi się od dzieł sztuki największych nazwisk Europy.
Gdybyś wszedł do środka - nie, to nie jest obowiązkowe, ale gwarantuję, że warto - to pierwszy po lewej kaplica to dom dla słynnej Madonny pielgrzymów, namalowanej przez Caravaggia. Ludzie ponad 400 lat temu wpatrywali się w ten obraz w niemym szoku - w końcu Caravaggio wymalował Madonnę boso, z brudnymi stopami, i w towarzystwie pielgrzymów, którzy - cóż - wyglądali trochę bardziej jak bywalcy nocnych knajp niż święci z obrazków. O skandalu szeptano pół Wiecznego Miasta. Byłoby to mniej więcej jak dziś, gdyby ktoś zamówił fresk, a artysta przyniósł grafitti pod klubem techno.
Ale na tym nie koniec sensacji. Trzeci filar po lewej to miejsce, gdzie Rafael - tak, TEN Rafael - wykonał fresk Proroka Izajasza. Fresk był częścią nagrobka kupca niemieckiego, co doskonale pokazuje, jak bogata była mieszanka kultur w ówczesnym Rzymie. A zaraz pod nim: Madonna z dzieciątkiem i św. Anną dłuta Andrea Sansovina, która, według legendy, kiedyś była nawet... rzeźbą Agrypiny z małym Neronem na kolanach. Chyba każdy marzył, by na starość stać się kimś ważniejszym.
Zresztą z cudami jest tu na porządku dziennym. Po prawej od wejścia, w niszy, znajdziesz Madonnę od Porodu, przed którą kobiety przez stulecia zapalały świece i zostawiały kwiaty, błagając o szczęśliwy poród. Ołtarz główny był dawniej przypisywany Berniniemu, bo... dlaczego nie? - Ale odpowiada za niego Orazio Turriani, i niech mu będzie.
Tu spoczywa też święta Monika, matka świętego Augustyna - symbol matczynej cierpliwości rodem z czasów, kiedy nie było WhatsAppa, a modlitwy matki musiały przebyć znacznie dłuższą drogę niż dzisiejsze SMS-y. Jej grób tu przeniesiono z Ostii w 1424 roku, a sarkofag wykonał nadworny rzeźbiarz papieża za całkiem sporą sumę jak na XV wiek - można by za to dziś kupić mały apartament w centrum Rzymu.
A jeśli już jesteśmy przy apartamentach i prestiżu - Sant’Agostino to dom główny Augustianów i miejsce, gdzie modlą się kardynałowie i papieże, przynajmniej na pierwszą sobotę Wielkiego Postu. Trochę jakby mieć karnet VIP na najważniejsze nabożeństwa w roku.
Gdy już nasycisz się widokiem renesansowej prostoty z rzymskim sznytem, Uniwersytet Papieski Świętego Krzyża czeka dosłownie dwie minuty na zachód - tak, tylko tyle dzieli cię od kolejnej odsłony historii Rzymu.



