Wyobraź sobie, że lądujesz nagle w Rzymie końca XVI wieku, kiedy miasto było pełne nie tylko zapachów ulicznych kawiarni, ale i ostrych debat religijnych. Tutaj właśnie, w sercu Rzymu, powstało coś, co wywróciło do góry nogami dotychczasowe wyobrażenia o życiu duchowym: Oratorium Świętego Filipa Neri. I teraz, stojąc przed tą instytucją, usłyszysz historię, która nie jest taką typową rzymską opowieścią o przepisach, zakazach i wielkich ślubach. O nie...
Filip Neri, czyli „święty radości”, jak później powiedział o nim sam papież Jan Paweł II, miał tyle charyzmy, że nawet dni pochmurne zdawały się nabierać kolorów. Co ciekawe, założył on wspólnotę księży i braci, którzy żyją razem... bez składania jakichkolwiek ślubów zakonnych. Zero ślubów ubóstwa, czystości czy posłuszeństwa. Tutaj, w Oratorium, wszystko trzyma się... na nici dobrej woli i poczuciu braterskiej przyjaźni. Nieźle, prawda? Takie podejście było wtedy naprawdę rewolucyjne.
Oratorianie mają coś, co nazywają „stabilitas” - po polsku najłatwiej to opisać jako przywiązanie nie do reguły ogólnej, ale do KONKRETNEGO DOMU, konkretnej wspólnoty. Osoby tu przystępujące nie są rzucane po jakichś zapomnianych klasztorach, tylko mogą wybrać, gdzie chcą żyć i pracować. Przypomina to bardziej rodzinę niż wojskowy oddział.
Wyobraź sobie też, że Filipa i jego ludzi papież oficjalnie klepnął w 1575 roku. I wiecie co? Zamiast wielkich kapeluszy, habitów i tradycyjnej dyscypliny, codzienność oratorian to modlitwa, sakramenty i - to mój ulubiony moment - głoszenie kazań, których nie sposób było przegapić, bo słynęły z elokwencji i... żartobliwych wtrętów.
Ich strój jest typowo księżowski, ale z twistem: charakterystyczny, biały kołnierz, który w zależności od liczby fałd, potrafi podpowiedzieć, z której wspólnoty trafiliśmy na oratorianina. Trochę jak kody paskowe na koszulkach piłkarskich, tylko że tutaj mamy tkaninę, nie plastiki.
To wszystko sprawiało, że Oratorium z miejsca stało się magnesem na nietuzinkowe dusze. Ktoś miał dość samotności czy zgiełku innych zakonów? Proszę bardzo - w Oratorium mógł poczuć się jak w dobrze przemyślanym azylu.
No i na koniec - mała ciekawostka. Oratorianie nie są zarządzani przez żaden centralny urząd. Każda wspólnota funkcjonuje samodzielnie, trochę jak niezależne restauracje w wielkim mieście. Jeśli coś trzeba załatwić z Watykanem, wybierają jednego reprezentanta. Swoją drogą, pozwól, że powiem: taka elastyczność to raczej rzadkość w katolickim świecie.
Rzymskie Oratorium było inspiracją dla powstawania podobnych domów od Brazylii po Indie. W samej Polsce jest ich aż kilka - od Tarnowa po Poznań - więc kto wie, czy nie spotkasz gdzieś oratorianina... tylko musisz wypatrywać tej charakterystycznej fałdowanej koloratki!
Gotowy na kolejny przystanek? Kieruj się na południe przez dwie minuty, a prosto przed Tobą będzie słynny Pasquino.



