Widzisz przed sobą wysoką, ośmiokątną wieżę z szarego kamienia, zwieńczoną charakterystycznym zielonym, spadzistym dachem i smukłym hełmem - wystarczy spojrzeć nieco do góry, by nie przegapić Valbergtårnet.
No to wyobraź sobie, że stoisz tu jakieś 170 lat temu. W powietrzu pachnie wilgotny kamień i dym z domowych kominków, a na szczycie tej właśnie wieży stoją dwaj panowie w niebieskich płaszczach i błyszczących hełmach. Mają w rękach latarnie i długie pałki zakończone gwiazdą. To miejscowi strażnicy, czyli tzw. “vektere”, którzy dzień i noc pilnują, by Stavanger nie pochłonął ogień. A wyobraź sobie, jak cicho musiało być nad miastem podczas ich nocnych patroli - tylko echo kroków po brukowanych ulicach i szmer latarni, która świeci w ciemności.
Ten solidny budynek, mający dziś ponad 26 metrów wysokości, powstał w latach 1850-1853 dzięki architektowi Christianowi Groschowi, który, co ciekawe, maczał też palce przy projekcie królewskiego pałacu w Oslo! Ale wieża tutaj nie jest królewska - choć rzeczywiście przez długi czas była centrum bezpieczeństwa miasta. Jeszcze przed tym kamiennym olbrzymem, w XVII wieku, stała tu ośmiokątna drewniana wieża z wielkim, brązowym dzwonem na szczycie. Tę burzliwą, pełną historii konstrukcję zbudowano, by ostrzegać przed pożarami... lub, gdyby kto próbował napadać Stavanger z morza! Kiedy dzwon bił, a kanony grzmiały, mieszkańcy już wiedzieli, że nie czas spać spokojnie.
Początkowo obowiązek czuwania należał do każdego obywatela, bo przecież nikt nie chciał, żeby mu dom poszedł z dymem. Z czasem jednak, podczas gdy wyższe sfery płaciły za zastępstwo, powstał zawód wiecznych nocnych stróżów. W nocy po ulicach krążyło czterech do sześciu mężczyzn, a z wieży - dwóch dodatkowych strażników miało oko na dachy, beczki z dziegciem i stukające się koty. Na zimę ich wachty trwały od dziesiątej wieczorem do szóstej rano - no, nie zazdroszczę, bo Stavanger potrafi być wtedy zimny jak serce teściowej!
Gdy w 1860 roku przez miasto przeszła wielka pożoga, ta wieża miała ręce, a raczej dzwony i sygnały, pełne roboty. W sumie przez wieki wieża widziała aż siedem poważnych pożarów - największy z nich w 1860 roku zabrał domy dwóm tysiącom ludzi.
Ale Valbergtårnet nie była tylko miejscem grozy i alarmów. W święta z jej szczytu grała muzyka, a na Nowy Rok rozlegała się w całym mieście. Był także czas, że zamontowano tu latarnię morską, by bezpiecznie prowadzić żeglarzy. W burzliwych czasach wojny, niemiecka marynarka okopała się tu, wprowadzając własne porządki i przebudowując dachy.
W dwudziestym wieku wieża miała różne wcielenia: była warsztatem szewskim, centrum kształcenia młodych żeglarzy, a nawet miejscem, gdzie można było podziwiać norweską ceramikę. A sklep z ceramiką przez lata prowadziła pani Mary Olsen, która razem z mężem ożywiała to miejsce gwarnym śmiechem i artystyczną atmosferą.
Ale żadnym bohaterem Valbergtårnet nie byłby nikt inny, jak Tobias Sandstøl - ostatni prawdziwy wieżowy strażnik. Od 1904 do 1922 roku pilnował miasta, a gdy miał chwilę spokoju, pisał wiersze - w tym balladę na 108 zwrotek o swoim życiu i pracy. Mówią, że był natchnieniem dla postaci Tobiasza z „Folk og røvere i Kardemommeby”.
Dziś wieża jest chroniona jako zabytek i prowadzi w niej małe muzeum, w którym można poznać historie tych nieustraszonych nocnych stróżów - a może i poczuć lekki dreszcz, gdy przypomnisz sobie, ile razy bito tu na alarm. Kto wie, może gdy zapadnie zmrok, usłyszysz gdzieś w oddali ciche bicie dzwonu...



