Aby rozpoznać bazylikę Sant’Eustachio, wypatruj jasnej, dwukondygnacyjnej fasady z jelenim łbem na samej górze - stoi tuż przy niewielkim placu, między zabudowaniami, a rzeźbiony jeleń z krzyżem między rogami wskazuje, że trafiłeś pod właściwy adres.
To miejsce zdecydowanie nie jest tym, co wyobrażasz sobie pod hasłem „skromny kościółek”. Historia zaczyna się już w VIII wieku, kiedy na tym terenie istniał pierwszy chrześcijański ośrodek pomagający biednym i chorym. Było tu wtedy raczej biednie… Gdybyś tu stanął jakieś 1300 lat temu, zobaczyłbyś raczej prostą budowlę pośród platanów - stąd dawny przydomek „in platana”. Według legendy, już sam cesarz Konstantyn wpadł na pomysł postawienia tu oratorium. Czy to prawda? Cóż, powiedziałbym: pół na pół, czyli klasyka rzymskich legend.
Sama fasada… Spójrz na te kolumny z głowicami typu jońskiego. W każdym z nich znajdziesz wyrzeźbioną główkę jelenia - motyw nieprzypadkowy, bo patronem miejsca jest św. Eustachy, który ponoć zobaczył krzyż wśród rogów jelenia podczas polowania i doznał nagłego nawrócenia. Jego późniejsze życie nie było jednak bajką - wraz z rodziną został brutalnie zamęczony przez Rzymian, co potwierdza: jeśli otrzymasz mistyczne objawienie podczas polowania, rozważ emigrację.
Za czasów papieża Celestyna III, pod koniec XII wieku, kościół przeszedł pierwszą poważną modernizację: nowe dzwonnice, relikwie św. Eustachego i jego rodziny... I wyobraź sobie, że przez wieki budowla przechodziła prawdziwe metamorfozy. W baroku wjechał pełen zestaw “wow factor”: Cesare Corvara, Nicola Salvi i inni projektanci na zmianę dorzucali nowe kaplice, portyk, kopułę - a wnętrze zamieniło się w esencję rzymskiego przepychu. Tylko dzwonnica z XII wieku stoi twardo po dziś dzień, jak uparty dziadek, którego trudno ruszyć z miejsca.
Zajrzenie do środka to takie małe podróżowanie w czasie - od kasetonowego sklepienia pełnego liści i kwiatów, przez monumentalny ołtarz z brązu i polichromowanego marmuru, do zadziwiającego baldachimu Ferdinanda Fugi z 1749 roku. Kiedy podchodzisz bliżej sanktuarium, warto wiedzieć, że relikwie świętego spoczywają w urnie z purpurowego porfiru, droższego niż niejedno sportowe auto. Gdyby przeliczyć ten materiał na dzisiejsze pieniądze, pewnie spokojnie przekroczylibyśmy sto tysięcy dolarów.
Na fasadzie po prawej stronie dostrzeżesz małą tabliczkę: upamiętnia powódź Tybru z 1495 roku. Woda doszła aż do świątyni - widać nawet, że kościół nie zawsze miał łatwe życie.
W środku - poza wyrafinowanymi kaplicami (Każda ozdobiona z rozmachem - barok mówi „tu nie ma miejsca dla minimalizmu”), znajdziesz też dzieła takich artystów jak Francesco Ferdinandi czy Biagio Puccini oraz prawdziwy gigant: organ, który zajął całą tylną ścianę, jakby chciał sprawdzić, czy da się zmieścić w środku Giewont.
Ciekawostka: św. Filip Neri, jeden z najsłynniejszych rzymskich świętych, podobno szczególnie lubił się tu modlić. Może więc czeka tu na ciebie odrobina tej samej inspiracji… albo przynajmniej chwila wytchnienia od zgiełku ulicy.
Gdy już nacieszysz się tym wszystkim, ruszaj na południe - do Panteonu (Roma) dotrzesz w 3 minuty.



