Stoisz właśnie przed jednym z najbardziej niezwykłych miejsc nie tylko w Kolonii, ale i w całej Europie - relikwiarzem Trzech Króli. Patrząc na tę masywną, złocistą konstrukcję, której blask potrafi oślepić nawet podczas zachmurzonego dnia, możesz wyobrazić sobie, jak przez wieki tysiące pielgrzymów w milczeniu przekraczało próg katedry, by zobaczyć to miejsce na własne oczy.
Legenda zaczyna się wiele wieków temu. Mówi się, że relikwie biblijnych Mędrców - Kacpra, Melchiora i Baltazara - początkowo trafiły do Konstantynopola dzięki cesarzowej Helenie, matce Konstantyna Wielkiego. Stamtąd, przez Mediolan, zostały przewiezione przez biskupa Eustorgiusza. Nie było w tym drogi łatwej ani bezpiecznej, szczególnie gdy skarby tej rangi przyciągały uwagę każdego, kto pragnął bogactwa bądź świętości. Ostatecznie, w 1164 roku, cesarz Fryderyk Barbarossa podarował relikwie arcybiskupowi Kolonii, Renaldowi z Dassel, a chwilę później pielgrzymi zaczęli nieprzerwanym strumieniem przybywać do miasta.
By uczcić ten ogromny dar, rozpoczęto budowę wyjątkowego relikwiarza - pracy nieporównywalnej z żadną inną w epoce. Mistrz złotnictwa, Mikołaj z Verdun, zaczął swoją pracę w 1180 roku, a relikwiarz ukończono niemal pół wieku później. Wyobraź sobie spały złota i srebra, setki drogocennych kamieni, misterny filigran, emalie i ponad tysiąc pereł, które sprawiają, że całość przypomina nie tyle grobowiec, co bramę do Nieba.
Ale relikwiarzowi nie oszczędzono dramatów. W 1574 roku, podczas cichej mszy, złodziej zakradł się do świątyni i skradł niektóre najcenniejsze klejnoty, w tym słynny kameo Ptolemeusza - kamień tak misterny, że miał aż siedemnaście warstw, dekorowany portretami Ptolemeusza II i jego żony. Ta kradzież poruszyła całą Europę, a kamień nigdy nie powrócił do Kolonii - dziś znajduje się w wiedeńskich zbiorach.
Przetrwał jednak wojny, renesansowych kolekcjonerów i pożary, a nawet konieczność przeniesienia do bezpiecznego miejsca podczas II wojny światowej. Dziś, kiedy patrzysz na tę trójpoziomową konstrukcję - wyższą niż przeciętny człowiek, szeroką jak dwa ramiona dorosłych osób rozpostarte na boki - trudno zdecydować, co bardziej przyciąga wzrok: 304 szlachetne kamienie, czy szereg 74 wykonanych ze srebra postaci apostołów, ewangelistów i proroków. To absolutny szczyt sztuki mozańskiej, czyli stylu wyrosłego nad Mozą - w regionie oferującym światowej klasy metaloplastykę i emalię.
Każda ściana opowiada inną historię - tu Złożenie darów przez Trzech Króli, tam siedząca na tronie Maria z Dzieciątkiem, obok Chrzest Chrystusa, a wyżej scena Sądu Ostatecznego. Jeśli miałbyś możliwość zajrzenia przez ażurową kratę, zobaczyłbyś nazwiska Kacpra, Melchiora i Baltazara oraz ich czaszki, każda zwieńczona koroną.
W dziewiętnastym wieku, podczas jednej z kolejnych uroczystych inspekcji, otwarto relikwiarz. Wewnątrz znaleziono resztki tkanin, żywic, a przede wszystkim kości trzech osób - jednego młodzieńca, drugiego dorosłego, trzeciego starca. To miały być właśnie szczątki króli ze Wschodu.
Nieprzypadkowo w herbie miasta Kolonii widnieją trzy korony - jeszcze dziś są symbolem jej historii i znaczenia. Bez tych relikwii nie byłoby katedry, która powstała właśnie po to, by zapewnić godne miejsce tak cennym pamiątkom chrześcijaństwa. Możesz sobie wyobrazić produkujący się tu przez wieki korowód pielgrzymów, dźwięk zapalanych świec, szepty próśb i szczególną ciszę, którą niesie to miejsce. Teraz jesteś jej częścią.



