Stoisz właśnie w miejscu, gdzie przez setki lat biło serce dawnego Kölner Judenviertel, czyli kołnierkiego żydowskiego getta. Spróbuj zamknąć oczy i posłuchać wyobraźni - gwar, rozmowy, odgłosy kowadła złotników i śmiech dzieci, mieszają się z nawoływaniami handlarzy na rynku. Tu, na kilku wąskich, krętych uliczkach, gdzie mury sąsiadowały niemal okno w okno, przez stulecia kwitło życie najstarszej żydowskiej wspólnoty na północ od Alp. Historia tej społeczności sięga czasów, gdy Kolonia była jeszcze rzymską metropolią.
Prawdopodobnie już pod koniec I wieku naszej ery pierwsi żydowscy kupcy osiedlali się tu, korzystając z tych samych rzymskich fundamentów, na których inni mieszkańcy budowali swoje domy. W roku 321 cesarz Konstantyn wydał dekret, który formalnie po raz pierwszy wspomniał o żydowskiej obecności w mieście. Ten fragment przeszłości zapisano w Codex Theodosianus - jednym z najstarszych zbiorów prawa rzymskiego.
Wyobraź sobie labirynt uliczek noszących nazwy, które wiele mówią o ich dawnych mieszkańcach - Judengasse, Salomongasse, Jerusalemgässchen. Wokół Ciebie mieszkali przede wszystkim kupcy, bankierzy, lekarze, złotnicy i uczeni. Srebrne i złote ozdoby błyszczały w witrynach, lekko kpiąc z chwil, gdy chrześcijańscy i żydowscy złotnicy rywalizowali o wpływy i klientów. Żydzi byli bardzo cenionymi lekarzami nawet dla chrześcijańskiej społeczności i mimo rozmaitych ograniczeń, czasem dopuszczano ich do najtrudniejszych przypadków.
Ulica Unter Goldschmied to dawny adres warsztatów tych słynnych złotników, gdzie w XIII wieku znaleziono nawet tygle służące do przetapiania metali szlachetnych. Obok wąskich uliczek znajdowały się domy rabinów, szkoła dla dziewcząt, wspólny szpital z XIII wieku i najważniejsze miejsce duchowe - synagoga. Zniszczona podczas krucjat w 1096 roku, została szybko odbudowana, a jej witraże z wizerunkami lwów i węży należały do najpiękniejszych malowideł na szkle w całym nadreńskim regionie.
Wyobraź sobie, jak przez stulecia, aż do pogromu w 1349 roku, na stosunkowo niewielkiej przestrzeni mieszkało tu około 800 osób. Mikwe, czyli głęboka na 17 metrów łaźnia rytualna, która przetrwała do dziś, była miejscem oczyszczenia duchowego, a w domach na budynkach opartych czasem jeszcze o mury rzymskie, rozbrzmiewały modlitwy, śmiechy i śpiewy.
Jednak życie w Judenviertel nie było pozbawione napięcia. Choć czasami żydowskie i chrześcijańskie rodziny prowadziły wspólne interesy, podzielono ich przez mury, bramy i odrębne prawa. Za murami dzielnicy, zamykanymi na noc przez klucz przekazywany Judenbischofowi, toczyło się życie w rytmie własnych świąt i reguł.
Niestety, czarne chmury zbierały się nad tą społecznością. Fala nienawiści, wzmocniona zarazą dżumy w XIV wieku, przerodziła się w 1349 roku w straszliwy pogrom i pożar - Judenbrand - podczas którego znaczna część dzielnicy została spalona, a wielu jej mieszkańców zginęło lub zostało wypędzonych. Tylko nieliczni powrócili tu w latach 70. XIV wieku, ale to już była inna epoka - jeszcze przez kilkadziesiąt lat żydowskie domy znikały z mapy miasta, aż po ostateczne wygnanie w 1424 roku „na zawsze”.
Mimo to duch dawnych mieszkańców przetrwał. Przechodząc dziś przez pozornie zwyczajne zaułki, możesz odnaleźć ślady dawnego żydowskiego getta w warstwach bruków, podziemiach i nazwach ulic. To tu rodziły się wielkie umysły, kwitła talmudyczna tradycja i przez pokolenia współistniały - czasem pokojowo, czasem z rozgoryczeniem - dwie odrębne wspólnoty. Dziedzictwo tego miejsca jest złożone, pełne smutku, ale i niezwykłej wytrwałości ludzkiego ducha.



